NPC Lucretius
Regulamin
Przewodnik
Wizerunki
Rasy
Grupy
Kostka
Sklep
Nieobecności
Kto zagra?
Wezwij MG
Pytania
Forumowa Wiki
Zamówienia

Share | 
 

 

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 

avatar

Rola / pozycja :
Główny Administrator

Wiek :
Nie dotyczy

Multikonto :
Nie dotyczy





PisanieTemat: NPC Lucretius   Sro Sie 23, 2017 6:20 pm

Lucretius


WIEK POSTACI (data urodzenia): 370 lat (urodzony w 1647 roku)
RASA: Wilkołak
PATRONAT: Brzemienny Księżyc
ZNAKI SZCZEGÓLNE: brak



Sprawiam podobno wrażenie niedostępnego, ale to nieprawda, powiadam wam, kompletna nieprawda. Wiele narosło wokół mojej osoby plotek, mitów i zwykłych nieporozumień – czas jednak, bym odsłonił przed wami karty, drogie bracia i siostry, bo jest to moment historyczny, moment, w którym my, dumni – potomkowie Kaina – stoimy wyprostowani, z głową wysoko, sięgając chmur. Odrzuciliśmy srebrne obroże, symbol naszego poddaństwa, roztrzaskaliśmy je o skały twardsze od diamentów, wyrwaliśmy sobie nasz kawałek ziemi, by wreszcie pozbyć się męczącego nas brzemienia, pozbyć się troski o życie naszych bliskich, o zdrowie szczeniąt i starców. Dzieci Księżyca dały nam taką możliwość, dały nam ochronę i spokój, którego pragnęliśmy przez wieki, tylko będąc razem możemy zaprzestać zamartwiać się o nasz byt. Już raz przyjęci do naszego grona, nie odwrócimy się od was i wy nie odwrócicie się od nas – to dla dobra nas wszystkich.
Chcecie wiedzieć kim jestem i skąd pochodzę. Opowiem, oczywiście. Zamieńcie się w słuch.
Urodziłem się w 1647 roku. Młodzi, do was się zwracam, wy, mając na sobie brzemię współczesnej edukacji, wiecie, co to za rok. Starszym, moim bliskim przyjaciołom i nieocenionym podporom, spieszę z wyjaśnieniem. Wojna trzydziestoletnia była jednym z największych konfliktów zbrojnych w historii tej części świata. Tak się zdarzyło, że jestem jej bękartem. Tak, urodziłem się człowiekiem, jak część z was, mogę nawet zaryzykować, że spora część. Miałem imię, ludzkie, flamandzkie dokładniej, bo stamtąd pochodziła moja matka nieboszczka. Zginęło ono gdzieś w meandrach pamięci, waszej pamięci, jego pamięci i mojej również. Nie jest ono ważne dla tej historii, jednak ponownie zwracam się do moich towarzyszy – proszę, byście dając Bestii dojść do głosu, nie zapominali o tym, iż ludzka część waszej natury również was potrzebuje. Przez tyle lat mojego życia widziałem wiele upadków towarzyszy podobnych mi i podobnych wam. Straciłem ich tak dużo, że serce mam pobliźnione, nie zauważycie na nim nawet milimetra zdrowego mięśnia – wszystko w zrostach.
Ale o czym ja? Ach, tak…
Moja matka nieboszczka opuściła ten świat dość wcześnie, byłem jeszcze zbyt młody, by uczyć się jakiegokolwiek zawodu. Przygarnął mnie jednak pewien stary przybłęda, jak go zwykli nazywać ludzie, ja nazwałbym go raczej pielgrzymem. Zostało parę jeszcze wizerunków podobnych mojemu mistrzowi, czy to w malarstwie, czy w piśmiennictwie. Stary mężczyzna z długą, siwą brodą, odziany w luźne szaty brązowego koloru, z sękiem zamiast laski. Pielgrzym ten przemierzył całą Europę – był w Petersburgu na dworze carskim, odwiedził Kraków i króla na niedługo przed atakiem Szwedów, gdy to skrył się na Jasnej Górze. Ileż krajów niemieckich go gościło – nie jestem w stanie zliczyć. W końcu zjawił się również w Flamandii, gdzie postanowił się mną zająć i razem z nim ruszyłem w świat, w kierunku południowo-zachodnim – do Paryża króla Ludwika i Hiszpanii. Bawiliśmy się na nim, wydaje mi się, najdłużej. Muszę wam powiedzieć, że była to najpiękniejsza ludzka kobieta, jaką widziałem w całym moim życiu. Pełna ciepła, dobroci i miłości, miała jednak jedną wadę- nie mogła uchronić Habsburskich dzieci przed przedwczesną śmiercią. Zasiała we mnie ziarno niepokoju, które rosło z każdym dniem coraz bardziej, do tego stopnia, iż w pewnym momencie stałem się zupełnie przewrażliwiony na punkcie bezpieczeństwa mojego i pielgrzyma.
Był ze mną dłużej niż matka, opuścił mnie, gdy miałem około szesnastu lat. Zaciągnąłem się do wojsk angielskich, skuszony wizjami wyprawy do Nowego Świata. Teraz, po tylu latach, wydaje mi się zabawne, jak łatwo można było stracić życie na morzu, jak bardzo pchaliśmy się w paszczę zagrożenia. Mamy wielkie szczęście, że żyjemy w czasach, gdy będąc razem, możemy się tak wspaniale bronić, przyszło nam korzystać z wielkich wynalazków – Samolotów, statków z tytanu. Czy wasze szczenięta widziały kiedyś na oczy zeppelin? Piękny widok…
Przepraszam, przepraszam – zawsze, kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów, łatwo jest mnie wyprowadzić z porządnego rytmu. Proszę, byście zwracali mi uwagę, gdy będę zbyt odpływał od głównego nurtu.
Trafiliśmy do obecnego Bostonu w Stanach Zjednoczonych. Ja szybko oderwałem się od reszty grupy, jednak nie na własne życzenie, a ze względu na odniesione rany. Zostałem znaleziony przez jedno z plemion Indiańskich, którzy przyjęli mnie tam jak swojego – zupełnie nowe, zupełnie piękne doświadczenie. Porozumiewali się w języku, którego nigdy wcześniej nie słyszałem i prawdopodobnie zostałoby to dla mnie zagadką, gdyby nie poprowadzili mnie do swego przywódcy. Wiecie już, o kim mówię? Tak, mój najdroższy przyjaciel Marcel Loup był przywódcą Wilczej Łapy, jak to określił. Usłyszenie francuskiego po tak długiej drodze zbiło mnie z tropu, jednak nie miałem innego wyjścia – gdybym od nich uciekł, zabiliby mnie i tyle. Zostając przy Wilczych Łapach mogłem tylko dostąpić wielkiej tajemnicy, co też, jak wiecie, uczyniłem.
Wilcze Łapy nie były jedynie stadem Indian. Oni wszyscy byli wilkołakami, naszymi braćmi i siostrami. Sam dostąpiłem zaszczytu przemiany przez najstarszego z tamtego stada, Czarnego Kła. Marcel w trakcie tamtej pełni nie był obecny, ale później przejął na siebie swoje wychowanie i tak – dwóch Europejczyków, którzy znaleźli się właściwie przez przypadek w Nowym Świecie, zostało przyjaciółmi. Żyłem wśród Wilczych Łap tyle, ile się dało. Wiadome było, że niewiele damy radę zdziałać, gdy kolonizacja angielsko-francusko-hiszpańska rozrosła się do takich rozmiarów. Mieliśmy sojuszników w innych plamieniach indiańskich, w plamieniach ludzkich, jednak ci także nie mogli sprzeciwić się sile europejskiego wojska. Przez jakieś 50 lat żyliśmy w Appalachach, aż stało się to, co uważam za najgorsze, a co musiało kiedyś przyjść.
Nasze plemię zostało wybite w pień. Sam się dziwię, jak mogło się to wydarzyć, skoro srebra koloniści nie mieli prawie wcale. Nie wiem, moi drodzy, nie wiem, jak to się stało, że moja rodzina zginęła. Jednakże mi i Marcelowi udało się uciec, zbiec na powrót do Europy. Myślę nawet, że Marcel przeżył to wszystko ciężej niż ja. Doszliśmy jednak do wspólnego wniosku – skoro tam, za oceanem, żyją wolne grupy wilkołaków, takowe, pewnie mniejsze, muszą istnieć i tutaj. Naszym celem stało się ich odnalezienie. Z różnym skutkiem, na przestrzeni lat, wyszukiwaliśmy mniejsze, większe rodziny, często też samych, przerażonych swą innością braci i siostry. Chcąc uniknąć cierpienia, jakie zgotowali nam ludzie, a Marcelowi także wampiry – zbudowaliśmy dla was dom, tutaj, w Montpellier.
Obiecałem sobie, że po jego śmierci, nie zaprzepaszczę naszego wspólnego dzieła. Jest nas teraz więcej, znacznie więcej niż wtedy, gdy wraz z moim przyjacielem znów postawiliśmy nogę na francuskiej ziemi. Proszę was tylko, moi drodzy, błagam, byście to zapamiętali – cokolwiek się nie stanie, pamiętajcie o swoim pochodzeniu. Poza Dziećmi Księżyca nie macie nikogo, kto byłby wobec was życzliwy. Świat od dawna ostrzy sobie na nas kły. I tylko my mamy wpływ na to, kto komu oderwie głowę w pierwszej kolejności. My, czy oni.

TALENTY
NIEDOSTĘPNE

WADY
Nieznane

JĘZYKI

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: ☦ Rozkoszuj się ciszą ☦ :: Dział postaci :: NPC :: Protoplaści :: Wilkołaki-
Skocz do: